Kościół kobiet, czyli historia o Kopciuszku

Czy Kościół rzymskokatolicki jest tak samo Kościołem mężczyzn, jak i kobiet? Czy kobiety czują się w nim tak samo ważne i tak samo traktowane? Jakie skutki niesie ze sobą dominacja mężczyzn w strukturach Kościoła?

kosciol-kobiet-okladka-druk-lakier-1

PRZED LEKTURĄ

„Kościół kobiet” to książka napisana przez Zuzannę Radzik – katolicką teolożkę, publicystkę „Tygodnika Powszechnego”. To autorka m.in. opublikowanego przed laty, w 2003 roku, odważnego artykułu „Piwnice wciąż gniją”, w którym na światło dzienne wyciągnęła smutną historię pewnej księgarni zwanej „Księgarnia Patriotyczna Antyk”. Ta zlokalizowana była w podziemiach warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych. Choć takie sąsiedztwo powinno, to jednak nie zobowiązywało – sprzedawano tam ponure, ksenofobiczne i antysemickie publikacje nie mające nic wspólnego z głoszoną w Kościele powyżej Ewangelią i szeptanymi tam właśnie modlitwami za ofiary z Jedwabnego. Po wielu próbach interwencji u najwyższych kościelnych dostojników – zapis tych zmagań Radzik opowiedziała w swoim artykule – księgarnię „Antyk” zamknięto, ale stało się to dopiero w 2006 roku. Artykuł trafił potem, w 2010 roku, do jubileuszowego numeru „Tygodnika Powszechnego” nazwanego „Żydownikiem Powszechnym”, który wydano z okazji 65-lecia pisma. Tak Zuzanna Radzik znalazła się w doborowym towarzystwie gigantów takich jak Jerzy Turowicz, Władysław Bartoszewski, Marek Edelman, czy ks. Stanisław Musiał, by wymienić tylko tych kilku wielkich i wspaniałych autorów tego numeru. Piękna karta.

Odświeżam sobie ten tekst ciekaw odważnej autorki i jej nowej książki. Strona tytułowa „Kościoła kobiet” obiecuje, że czytelnik wyruszy ścieżkami rzadko eksplorowanymi w kraju Czarnej Madonny – Maryja na okładce występuje bowiem w „kobiecym” różowym i robi na drutach maskę radykalnej feministki z Pussy Riot (ilustracja plawgo & pyrka). Zapowiada się ciekawie. Przypomina mi się czytana przed laty charakterystyka butnych amerykańskich zakonnic z kart książki ks. Jana Piekoszewskiego „Katolicyzm amerykański” (RW KUL, Lublin 1989)- te potrafiły zrzeszać się i walczyć o swoje prawa, nawet wadzić się z sukcesem ze swoimi biskupami. Wspominam też urokliwe zdjęcia polskich mariawickich kapłanek – staruszek w liturgicznych szatach, które w skupieniu odprawiają swoje starokatolickie nabożeństwa. Zastanawiam się nad charyzmatem pełnych pokory rzymskokatolickich sióstr zakonnych – niekiedy określanych jako sprzątaczki i wycieraczki Pana Boga, tania siła robocza Kościoła, czy ofiary Kościoła patriarchalnego. Przypominam sobie wywiad z felicjanką s. Celestyną Giertych opublikowany swego czasu w dominikańskim miesięczniku „W drodze” – został zatytułowany „Bóg nie chce, byśmy były wycieraczkami”.

Sprowokowany tytułem zadałem sobie przed lekturą kilka pytań. Czy Kościół rzymskokatolicki jest dziś tak samo Kościołem mężczyzn, jak i kobiet? Jako mistyczne Ciało Chrystusa, lud Boży, czy wspólnota ochrzczonych jest przecież Kościołem obydwu płci, przecież „nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus”, Kol 3.11).

Jak dziś interpretować słowa Pisma, że „głową każdego mężczyzny jest Chrystus, mężczyzna zaś jest głową kobiety, a głową Chrystusa – Bóg” (1 Kor 11.3)? Jakie skutki niesie ze sobą maskulinizacja struktur Kościoła rzymskokatolickiego, nawet jeżeli dziś słabnie jego mizoginiczne oblicze? Czy Kościół jako organizacja hierarchiczna pod wodzą mężczyzn z ich męską wrażliwością jest czegoś ważnego pozbawiony? Czy wierni takiego Kościoła coś tracą?

PO LEKTURZE

„Kościół kobiet” to książka o religijnej żarliwości, powołaniu i zaangażowaniu kobiet w życie Kościoła, ale także o ich rozgoryczeniu i niezgodzie na ograniczenia, których z racji płci doświadczają. To książka przede wszystkim o kobietach, ale także o męskim świecie katolickich duchownych, jego priorytetach, talentach i wrażliwościach, które różnią się od wrażliwości mężczyzn – mężów i ojców oraz kobiet – żon i matek. Nie jest to jednak lament pełen utyskiwań, narzekań i zarzutów. Książka jest pełnym troski głosem kobiety, dla której Kościół, choć ułomny i niedoskonały, jest bardzo ważny – na tyle, że warto o niego walczyć. „Kościół jest powszechny i różnorodny. Można szukać, nie opuszczając go, pozostając w środku”, s. 7.

„Kościół powinien i może należeć również do kobiet”

Ten rozpoczynający książkę postulat wydał mi się jednym z jej motywów przewodnich. Sygnalizuje pewien deficyt – jest nim nie tyle brak kobiet w Kościele rozumianym jako wspólnota wiernych (kobiety częściej uczestniczą w nabożeństwach i w życiu sakramentalnym), nie chodzi też o ich nieobecność w strukturach Kościoła („na świecie jest o trzysta tysięcy więcej zakonnic niż księży i zakonników razem wziętych. Mają one dużo do powiedzenia o życiu konsekrowanym”, s.36). Rzecz dotyczy braku kobiet u sterów władzy w Kościele, deficytu kobiecej wrażliwości, braku możliwości pełnego zaangażowania się pań w życie liturgiczne i traktowanie tych, które tego pragną, jak dziwolągów. Zdanie to wyraża też nadzieję, że zmiana w tym zakresie jest możliwa, a – jak dowiadujemy się z lektury – gdzieniegdzie już się dokonuje. Tak. Są na mapie rzymskokatolickiego świata takie miejsca, gdzie kobiety w Kościele są bardziej widoczne, gdzie ich wrażliwość zdaje się ten Kościół (zarówno instytucjonalny, jak i rozumiany jako wspólnota wiernych) współkształtować i ubogacać. Udział kobiet w życiu Kościoła bywa większy niż się nam w Polsce mogłoby wydawać.

Książka napisana jest z wrażliwością feministyczną. A jak ten feminizm jest rozumiany? Prosto i przekonująco. „Feminizm to budowanie lepszego świata dla kobiet, mężczyzn i ich dzieci, a nie rewanż za doznawane przez wieki krzywdy” (s.6). To końcowe zastrzeżenie jest o tyle ważne, że podkreśla dystansowanie się od kopiowania modelu męskiej dominacji.

Władza rządzenia

W Kościele katolickim pełnia władzy skupiona jest w rękach papieża i kolegium biskupów. Im niżej w hierarchii kościelnej, tym pojawia się więcej świeckich, w tym także kobiet, ale pierwsze skrzypce zawsze grają mężczyźni posiadający święcenia kapłańskie. Czy zatem możliwy jest model bardziej demokratycznego zarządzania Kościołem? Taki, w którym władza przynależy też świeckim, którzy nie posiadają święceń – w tym kobietom pozbawionym możliwości ich uzyskania z racji płci? Takich głosów za włączaniem kobiet w życie Kościoła zdaje się przybywać. One zaś – jak autorka omawianej książki – mają Kościołowi dużo do powiedzenia i zaoferowania.

Zdarza się, że sugestie takie formułują też biskupi, jak cytowany hierarcha, który powiedział, że zakonnice teolożki „mogłyby zostawać świeckimi kardynałami i w ten sposób uczestniczyć w wyborze papieża” (s. 35). Dlaczego nie? Przecież „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan” (1 Kor 12, 4-6).

Przełomowy sobór

Zuzanna Radzik rozpoczyna swą pasjonującą opowieść o Kościele i kobietach od Soboru Watykańskiego II (1962-65). Wszak po tym przełomowym wydarzeniu Kościół w wielu sferach radykalnie się zmienił. To na tym soborze, po raz pierwszy pojawiły się kobiety – reprezentantki katolickich kobiecych organizacji i żeńskich zakonów. Zaproszono je w charakterze audytorek, czyli konsultantek i obserwatorek. Wprawdzie było ich tylko 23 i uczestniczyły dopiero w czwartej sesji soboru w 1964 roku, ale ich obecność była przełomowa. Niewątpliwie musiała być także dla wielu duchownych zaskakująca. Przecież dopiero w trakcie tego soboru Kościół zaczął otwierać się na świat i na świeckich. Wśród ojców soborowych jedną grupę stanowili biskupi życzliwi kobietom, którzy autentycznie doceniali ich obecność, a nawet dyskretnie je promowali w soborowych komisjach. Drugą stanowiła obojętna większość, która często unikała z nimi bezpośrednich spotkań. Trzecia natomiast to biskupi niezadowoleni z obecności kobiet i konsekwentnie ich unikający. To właśnie takie reakcje większości biskupów powodowały, że czuły się one „albo ignorowane, albo lekceważone”, jak relacjonowała potem s. Mary Luke Tobin, jedna z obserwatorek (s.17).

Kobiety zaproszono na sobór nie bez perturbacji i nieporozumień. Symptomatyczne wydają się słowa biskupa Donala Lamonta, jednego z ojców Soboru Watykańskiego II, który po latach opowiadał, że biskupi nie mieli wtedy jeszcze żadnych doświadczeń z zaangażowaniem kobiet w struktury Kościoła i nie pomyśleli, że mogłyby one zostać zaproszone na sobór. Biskup wyznał „po prostu nigdy nie przyszło nam do głowy, że powinny tam być” (s.11).

To „nigdy nie przyszło nam do głowy” także dzisiaj zdaje się miewać moc wyjaśniającą. Tak, jakby księża ciągle byli niegotowi na inną obecność kobiet w Kościele niż dotychczasowa.

Czy kobiety miały wpływ na soborowe obrady?

Raczej niewielki. Były takie, które wyjechały z soboru rozczarowane i sfrustrowane. Niektóre zaznaczyły jednak swoją obecność. Z książki dowiadujemy się, że to ponoć dzięki zabiegom Marii Vendrik pracującej w komisji przygotowującej przełomowy dokument „Gaudium et spes” („Kościół w Świecie Współczesnym”), dopisano doń „potępienie wszelkich form dyskryminacji, opartej zarówno o płeć, rasę, jak i kolor skóry czy pozycję społeczną, a także język lub religię” (s. 17). Inna z uczestniczek, Luz María Álvarez Icaza, słysząc zamieszczony w projekcie tej soborowej deklaracji opis życia małżeńskiego, który przygotowali biskupi (znalazły się tam słowa o kontrakcie, grzechu i pożądaniu) zareagowała i przedstawiła celibatariuszom swój pogląd na sprawy, które ich bezpośrednie nie dotyczyły. Mówiła „wyobrażam sobie wyrazy twarzy katolickich małżeństw na świecie, kiedy dowiedzą się co myślicie o małżeństwie. […] Skoro jestem jedyną zamężną kobietą na tym soborze, czuję się w obowiązku powiedzieć, że kiedy współżyliśmy z mężem, dając życie naszym dzieciom, nie był to akt pożądliwości, lecz miłości. […] Z całym szacunkiem muszę powiedzieć, że kiedy wasze matki was poczynały, również działo się to w miłości” (s.19). I oto obecność jedynej w gronie soborowych ojców mężatki na coś się przydała.

Czy kobieta może być diakonem?

Obecność kobiet w Kościele z roku na rok rośnie, choć ich udział ciągle nie jest proporcjonalny. Zuzanna Radzik bierze na tapetę diakonat, czyli w teologii katolickiej pierwszy z trzech stopni sakramentu święceń (diakonat, prezbiterat i episkopat). Zwraca uwagę, że po soborowej reformie diakonatu funkcję diakona mogą przyjmować nawet żonaci mężczyźni, ale rola ta pozostaje niedostępna dla kobiet, choć – jak pisze – „reprezentują one większość pracujących w parafiach zarówno świeckich pracowników, jak i wolontariuszy” (s. 78). Dlaczego tak się dzieje?

Powodów jest wiele. Jeden formalny, związany jest z tym, że kandydat na diakona musi najpierw zostać lektorem i akolitą, a role te zgodnie z tradycją Kościoła i zapisami prawa kanonicznego są dla kobiet niedostępne. Inny może wynikać z przyjęcia i utrzymania przez chrześcijaństwo praw czystości rytualnej z Biblii Hebrajskiej. Skutkowało to właśnie zakazem piastowania funkcji diakona przez kobiety ze względu na menstruację traktowaną jako comiesięczna nieczystość (s. 78).

Z drugiej strony istniała w pierwszych wiekach chrześcijaństwa funkcja kobiety-diakona, czyli diakonisy (spełniała m.in. funkcje pomocnicze w liturgii). Wiele katolickich feministek powołuje się na ten precedens i apeluje, by podjąć próbę rozważenia sensowności tych starożytnych praw i tradycji, które trzymają kobiety z dala od święceń, posługi lektora czy diakonatu. Zwracają uwagę na korzyści, które z takiej zmiany mogłyby wyniknąć – „kobieta może trafić do ludzi tam, gdzie wyświęceni mężczyźni nie są w stanie tego zrobić” (s. 81).

Ten kto podejmuje dziś dyskusję o diakonacie kobiet wystawia się na zarzuty promowania kapłaństwa kobiet, choć tych dwóch dyskusji nie powinno się ze sobą mieszkać. W efekcie Kościół zamknięty na diakonat kobiet – jak ze smutkiem twierdzi Maureen McGovern, jedna z rozmówczyń Zuzanny Radzik – jest jako wspólnota zubożony (s. 81).

Dziewczynki ministrantkami?

Czy dziewczynki mogą na równi z chłopcami służyć do mszy jako ministrantki? Tak, ale tylko tam, gdzie przystaną na to biskupi i proboszczowie. W Polsce wśród czterdziestu diecezji tylko w dwudziestu jeden dziewczyny mogą być ministrantkami” (s. 88). Proporcja ta wydała mi się całkiem dobra, jak na początek zmian. Okazuje się jednak, że w różnych krajach te diecezje, w których dopuszczono ministranturę dziewcząt wycofują się z tego. Autorka „Kościoła kobiet” zastanawia się skąd ten strach przed dziewczętami ministrantkami. Może wynikać z tego, że ministrantura jest istotnym doświadczeniem formacyjnym przyszłych księży, a w związku z tym zmniejszenie się liczby ministrantów na korzyść ministrantek mogłoby potem skutkować zmniejszeniem się liczby kapłanów mężczyzn. Logiczne? Tak. Zastanawiam się tylko czy o logikę w ministranturze chodzi najbardziej? Może chodzi o współczucie? Bowiem kobiety – jak pisze Zuzanna Radzik – jako ministrantki przywiążą się do liturgii i ołtarza, ale potem nie będą mogły uczynić kolejnego kroku i dostąpić kapłaństwa.

Jak oddzielić ducha od patriarchalnej litery?

Co jakiś czas wybuchają dyskusje o dyskryminacji, która zakorzeniona jest w słowach i kategoriach językowych, którymi na co dzień się posługujemy. Są w naszym słowniku słowa, które mają genezę antysemicką, szowinistyczną, czy seksistowską. Wiele określeń symbolicznie podtrzymuje dominację mężczyzn nad kobietami. I choć używając ich nie stajemy się automatycznie zwolennikami takiej dominacji, to w sensie symbolicznym utrwalamy stereotypy i uprzedzenia.

Dysputy o wymiarach dominacji mężczyzn nad kobietami pojawiają się także w świecie religii. Męskie kategorie są obecne w Biblii. O Bogu mówi przecież w rodzaju męskim jako o mężczyźnie, przypisuje mu męskie atrybuty. Stąd postulaty posługiwania się w liturgii językiem inkluzywnym – takim, który nie uwzględnia różnic płci, czyli jest płciowo neutralny i nie wyklucza kobiet. Przykład? „Bracia i siostry” zamiast „bracia”, „synowie i córki Boga” lub „dzieci Boże” zamiast „synowie Boży”.

Krok dalej znajdujemy próby przeformułowania tekstów liturgicznych, modlitewników tak, by były płciowo neutralne, czy czytania Biblii z feministycznej perspektywy, która pozwala oddzielić ducha od litery pełnej patriarchalnych ustępów („To, co uderza w ludzką godność kobiet lub jej zaprzecza, nie odzwierciedla tego, co Boże, nie jest wyrazem autentycznej relacji do Boga, nie pokazuje też autentycznej natury rzeczy ani nie jest przesłaniem czy dziełem autentycznego Odkupiciela lub autentycznej wspólnoty odkupienia”, s. 166).

Istnieją też próby pisania kościelnej „herhistorii”, czyli takiej, która wydobywa z cienia mężczyzn postaci kobiet Kościoła i świętych. Możliwe są także rozważania tego, jak w modlitwie zwracać się do Boga – istnieją środowiska i grupy religijne, które także tutaj posługują się językiem inkluzywnym, na przykład zamiast „Bój Ojciec” mówią „Bóg Ojciec i Matka”, a Ducha Świętego tytułują zaimkiem „Ona”. W katolickim świecie biskupi domagają się określania Boga w tekstach modlitewnych jako „Ojca i Pana”, choć przyznają, że kategorie te powinny być równoważone przez używanie także innych nieokreślonych płciowo form (s. 97).

Skąd ta troska o język? Ponieważ „język może karmić religijność, ale gdy przestaje znaczyć, odsyłać tam, gdzie powinien, może ją też osłabiać” (s. 98).

Portrety kobiet

Atutem książki są portrety wielu kobiet zbudowane z wywiadów, które przeprowadzała z nimi autorka. Większość z opisywanych liderek funkcjonuje nadal w Kościele i działa na rzecz równouprawnienia kobiet. Jedna z nich, brazylijska zakonnica Ivone Gebara, zapytana dlaczego nie odeszła z Kościoła mimo nieustającej wrogości i nieprzyjemnych sytuacji, które ją spotykały tłumaczy, że „odejść z Kościoła oznaczałoby również porzucić zmarginalizowane kobiety, które najbardziej cierpią. Jestem przekonana, że feministki wciąż niewystarczająco zbadały dominację religii w kulturze popularnej. Religia z jednej strony przynosi ulgę, ale z drugiej uciemięża kobiety. Nie mogę być feministką i ignorować religijnego światopoglądu zmarginalizowanych kobiet” (s.199).

Inne portrety pokazują kobiety opowiadające o doświadczanych przezeń oskarżeniach o świeckość i radykalny feminizm, ale także próbujące dowartościować w różny sposób kobiety. Jak? Na przykład poprzez tworzenie kobiecych liturgii; dyskutownie o waginie jako budującym symbolu; rozważanie praw ubogich kobiet do dokonywania wyborów dotyczących ich ciała i życia. „Kościół kobiet” to opowieść także o kobietach, które odczuwają powołanie kapłańskie, w tym tych kilku katoliczkach, które przyjęły święcenia kapłańskie i choć później zostały ekskomunikowane (złamały zasady Kodeksu Prawa Kanonicznego), to twierdzą, że zostały jednak wyświęcone z zachowaniem sukcesji apostolskiej w ramach Kościoła rzymskokatolickiego.

Ksiądz feminista o wrażliwość gender

W Polsce ksiądz feminista to oksymoron, sprzeczność, paradoks. Tymczasem z kart „Kościoła kobiet” poznajemy historię księdza Surena Abreu z Bombaju, który działa w feministycznym kolektywie. Opowiada co zyskał, gdy zaczął czytać Biblię z feministycznej perspektywy – lepiej zrozumiał wtedy czym jest równość i umocnił się w przekonaniu, o słuszności kapłaństwa kobiet. „Feminizm musi przekładać się na praktykę, więc gdziekolwiek jestem właśnie to robię. Jest w moich kazaniach, w angażowaniu kobiet i mężczyzn na równi w różne kościelne działania, w upewnieniu się, by głosy kobiet były słyszane w radzie parafialnej i katechetycznej” (s.204).

I dalej w rozmowie z Zuzanną Radzik ksiądz beztrosko dotyka tak niebezpiecznego w Polsce słowa gender. „Ze względu na problem jakim w Indiach jest przemoc wobec kobiet, zdecydowałem się wprowadzić zajęcia z wrażliwości genderowej (gender sensivity) w naszej szkole niedzielnej dla dzieciaków od czwartego do czternastego roku życia. One są powiązane z mszami dla dzieci. Wprowadzamy temat stereotypów płciowych i przemocy wobec kobiet, pokazując filmy, ale też w kazaniach. Chcę wychowywać młodzież wolną od patriarchalnych stereotypów i wrażliwą. Razem z kolektywem przygotowujemy też program szkoleń dla katechetów, żeby ich wysiłki były bardziej efektywne” (s. 204).

Czy to jakiś ksiądz dziwadło? Nie. Okazuje się, że episkopat Indii poparł politykę genderową zaproponowaną przez Radę ds. Kobiet działającą przy tym episkopacie. W efekcie powstał dokument „Gender Policy of Catholic Church In India”, w którym biskupi zauważają, że dla zapewnienia równości płci niezbędne jest wspólne działanie różnych organizacji. Piszą: „Przemoc wobec kobiet jest najbardziej powszechnym i najrzadziej karanym ze wszystkich przestępstw. Związana jest z pozycją kobiety i podtrzymywana przez systematyczną dyskryminację płciową (gender) ze względu na normy społeczne, które dewaluują kobietę. Rozwiązanie problemu przemocy wymaga rozwiązania problemu nierówności płciowej (gender)” (s. 52).

W rekomendacjach praktycznych indyjskiego dokumentu znalazła się zachęta, by powołać do istnienia diecezjane grupy animatorów, aby wprowadzały one programy uświadamiające o płci kulturowej (gender awarness programs). „Takie grupy muszą mieć w składzie ekspertów obu płci oraz teologów i teolożki feministyczne” (s. 53). Uznano także, że wrażliwość na problematykę płci kulturowej (gender) musi zostać zaszczepiona również wśród zakonnic, zakonników, księży i buskupów. Dlatego pojawiło się zalecenie, by zajęcia z uwrażliwiania na kwestie płci i teologii feministycznej włączono do głównych kursów seminaryjnych oraz jako element formacji biskupów i przełożonych zakonnych (s. 54). Okazuje się, że nie trzeba się bać potwora dżendera.

Czy książka może coś zmienić?

Czytając „Kościół kobiet” poznajemy zróżnicowany świat katolickich teolożek i katolickich feministek. „Wśród teolożek są rewolucjonistki, radykalnie feministyczne i często uważające się już za postchrześcijanki , bo straciły nadzieję na przemianę z gruntu patriarchalnego chrześcijaństwa. Są reformatorki, bezkrytyczne wobec struktur Kościoła i akceptujące wyłączenie kobiet z rozmaitych posług, ale pragnące włączenia ich tam, gdzie będzie można. Są wreszcie i rekonstrukcjonistki, przywiązane do tradycji, ale szukające wewnątrz niej miejsca na wizję przemiany. One wierzą, że reinterpretacja tradycyjnych tekstów i symboli bez odrzucania Boga objawionego w Jezusie jest konieczne, ale też możliwe” (s. 209).

Autorka oddaje głos także tym teolożkom, które wskazują na grzechy teologii feministycznej. Jedna z przytoczonych wypowiedzi należy do Tiny Beattie, która zarzuca feministkom nadmierną wiarę w ludzką moc przeprowadzenia zmiany społecznej. Pisze też, że feminizm, w tym teologia feministyczna, często nie dostrzega, jak wielkie znaczenie w życiu kobiet w wielu miejscach świata odgrywają modlitwa i pogłębiona pobożność (s. 212).

Zuzanna Radzik opowiada o „Kościele mężczyzn”, w którym kobiety zwykle pełnią funkcje mało wpływowe, dekoracyjne. Kościół ten jednak gdzieniegdzie zmienia się w „Kościół kobiet i mężczyzn”. Szybkość zmian pozostawia jednak wiele do życzenia – kościelne młyny mielą bardzo powoli.

Mówi się, że Sobór Watykański II zaczął wybudzać śpiącego olbrzyma, czyli rzesze świeckich katolików. Dziś kolejnym zadaniem jest założenie pantofelka na nogę Kopciuszka, czyli dowartościowanie kobiet w Kościele. Książka „Kościół kobiet” to impuls do myślenia o takiej zmianie.

***

Zuzanna Radzik, „Kościół kobiet”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Wydanie I, Warszawa 2015.

ksiazki

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Kościół kobiet, czyli historia o Kopciuszku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s